Autor: Kinga Czernichowska

2016-09-09, Aktualizacja: 2016-09-09 11:40

L.U.C.: Upadłem nisko, ale powstałem

- Przedsięwzięcie Rebel Babel rozrosło się do rozmiaru ud NRD-owskiej sztangistki - mówi L.U.C., raper, performer i organizator wydarzeń artystycznych. Rozmawialiśmy z nim tuż przed "domknięciem" płyty międzynarodowej orkiestry Rebel Babel. Album ukaże się 7 października. W całe przedsięwzięcie zaangażowana była prawie setka artystów różnych narodowości. A wszystko po to, by pokazać, że muzyka jest ponad podziałami.

L.U.C. zniknął na jakiś czas z mediów, bo całkowicie poświęcił się projektowi, jakim jest Rebel Babel - międzynarodowa, wielojęzyczna grupa, złożona z raperów i orkiestr dętych. W przedsięwzięciu wzięli udział m.in. Promoe (Szwecja) i Rapsusklei (Hiszpania). Z Polski dołączyli też Grubson, Ńemy i Joka. A to tylko kilku z prawie setki artystów, którzy wzięli udział w projekcie. L.U.C. zapowiada, że po trasie z Rebel Babel musi zrobić sobie "reset". Rozmawialiśmy z nim tuż przed premierą płyty.

Rebel Babel to orkiestra, która udowadnia, że w muzyce nie ma barier. Jak to się w ogóle stało, że udało się zebrać tylu muzyków rożnych narodowości, nagrać materiał, zrealizować klipy i wspólnie stworzyć przedsięwzięcie z misją? Misją, w której muzyka jest ponad wszelkimi podziałami.

Kiedy w życiu upadasz, masz dwa wyjścia: albo leżeć w bólu i depresji i patrzeć, jak wszystko idzie do przodu, omijając ciebie, albo zaciskasz zęby, obierasz nowy cel powyżej swojego zasięgu i skupiasz na nim resztkę sił po to, by go zdobyć. W ten sposób podnosisz się z gleby. Wybrałem to drugie - podniosłem się dzięki pasjom i temu, że nigdy nie porzuciłem marzeń i poświęciłem im całą uwagę swojego życia przez ostatnie trzy lata.
Życie prywatne mi się rozsypało, więc miałem sporo czasu. Zacząłem poświęcać go na tworzenie i rozwój - uczyłem się nut i miesiącami pracowałem z orkiestrami. Postawiłem na ucieczkę w rozwój i uczenie się nowego - to chyba najlepsza droga, którą mogę polecić po zawodzie miłosnym.
I kiedy pytasz o Rebel Babel, jak to jest możliwe logistycznie, to odpowiadam - trzeba było pracować 24 godziny na dobę.



© Materiały prasowe

L.U.C.


W tym miejscu przychodzi mi na myśl analogia do tego, o czym mówiła ostatnio Martyna Wojciechowska do swoich fanów na Facebooku. Ona naprawdę wiele w tym roku przeszła: strata partnera i ojca jej dziecka, choroba, wypadek na motocyklu. W końcu z powodu złamania przez nią obojczyka program "Kobieta na krańcu świata", w który wkładała tak wiele wysiłku, nie będzie w tym roku emitowany. Na filmie, który zamieściła w sieci, widać, że jest załamana. Oglądałem to wideo i zobaczyłem siebie sprzed paru lat: ze złamaną ręką i skręconym karkiem po stracie kogoś bardzo, bardzo bliskiego.
Znalazłem się w życiowym dołku, upadłem nisko i potrzebowałem powstać. Rebel Babel jest dla mnie takim powstaniem, przymierzem z pozytywnymi ludźmi, kumulacją resztek dobrej energii po to, by wysłać ją w świat, a ona zwykle wraca ze zwielokrotnioną siłą.


Udało się?

Myślę, że tak. Dla mnie bardzo ważne było to, żeby wyjść z klimatu "REFlekcji" (wcześniejsza płyta L.U.C'a - przyp. red.), z werterowskiego nastroju zamulania (zamulanie jest dla muli albo raczej karpi). Z pomocą przyszedł mi kompozytor Jan Feat., człowiek z ogromnymi pokładami pozytywnej energii i miłością do orkiestr dętych, które łączy swoją muzyką. Potem udało się zaangażować w projekt kolejnych artystów, aż całe przedsięwzięcie rozrosło się do rozmiaru ud NRD-owskiej sztangistki. Ten proces tworzenia trwał prawie dwa lata. Dziś jestem w szoku, premiera płyty dopiero 7 października, a już tak wiele się wydarzyło.



Kosztowało Cię to dużo stresu i pewnie bałeś się, że znów dopadnie Cię jakiś pech, jak kilka lat temu na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, kiedy spadłeś ze sceny. Byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam Cię niedawno we Wrocławiu na dźwigu podczas pokazu "Alchemii światła". To był Twój pomysł czy reżysera?

Tak był wyreżyserowany spektakl. Dostałem propozycję i się na to zgodziłem. Przeszło mi oczywiście przez myśl, że powoli staję się człowiekiem od podwieszania pod sufitem i wydobywania dźwięków piłą. Kto zrobi? L.U.C! Wpadanie do zapadni, koncerty na dachu, w podziemiu, piwnicy, kotłach grzewczych... Sam sobie zaprojektowałem taki los, ale bardzo to lubię, bo takim występom zawsze towarzyszy adrenalina. Oczywiście są lęki, zwłaszcza po tamtym wypadku na PPA, ale przecież życie to przezwyciężanie lęków. Dlatego po tamtym wypadku od razu wróciłem na scenę - właściwie tydzień później.

"Alchemii światła" nawet nie zdążyłem dobrze zakodować w swojej głowie, bo byłem już w amoku zamykania "Rebel Babel" i "Rymoliryktanda" (L.U.C. organizuje dyktando, które w tym roku odbędzie się 1 października w basenie Term Cieplickich w Jeleniej Górze - przyp. red.). Tu trzeba naprawdę dobrej logistyki. Owszem, mam fajny zespół, ale wiele rzeczy spada na mnie. Może dlatego, że mam jakiś dryg producenta do koordynowania projektów. Inna rzecz, że czasem biorę na siebie za dużo obowiązków. W Rebel Babel trzeba było zorganizować przeloty, teksty, tłumaczenia, lirykę, muzykę, partytury, orkiestry, plany klipów, rapocztówek. Setki stron nut, dziesiątki orkiestr i brakujące czcionki szwedzkie. Itd.

Czasem aż chciałoby się być Łajką lecącą w spokoju w kosmos. Z drugiej strony, przecież ten pies chyba gdzieś tam umarł. Czy on wrócił? Boże, jaka straszna historia, jeśli nie wrócił. Czy on miał tam w ogóle wodę w tej rakiecie? Woda z miski by fruwała. Matko, przecież on tam też fruwał. Śmieszny widok to musiał być. Wracając do pytania, to jakoś mi się to wszystko udaje, bo mam też sporo szczęścia.


© PIOTR HUKALO / DZIENNIK BALTYCKI



Nadal jesteś pracoholikiem, czy potrafisz już trochę zwolnić?

Mam wrażenie, że u mnie to są cykle. Doprowadzam się pracą do skrajnego wyczerpania, dociągam projekty do końca, a potem choruję i obiecuję uspokojenie - pracuję mniej przez tydzień i już nakręcam nowe projekty i sytuacje. I tak w kółko. Ostatnio czuję się jak maszyna szwalnicza, która ciągnie 40 nitek na raz. Ale miałem taki moment, że zwolniłem. Pamiętam, bo byłem z kumplem na piwku nad rzeką. A teraz rozmawiamy w oku cyklonu. Ale czuję, że jestem w swojej szczytowej formie. Tego samego dnia ogarniam mastering, płyty, miksy, okładkę płyty, rozmowy z partnerami, newsy, ustawianie kamer i świateł. I jestem w szoku, że tyle można. Oczywiście, mam zespół ludzi, którzy mnie wspierają, ale wiele z tych kwestii musi przejść przeze mnie.
Czasem czuję się jak kabel od odkurzacza, przez który ktoś próbuje przepuścić Wisłę. Bywa ciężko.


Tracisz poczucie sensu tego, co robisz?

Trochę tak, czasami tak właśnie czuję. Zaczynam myśleć, że kończę kolejne wątki, ale tracę obraz całości. Procedury, formalności i logistyka zabijają kreatywność jak tir komara. Ale musimy sobie też uzmysłowić, że rozmawiamy w dość trudnym momencie - właśnie oddajemy płytę, a to nie jest zwykły album. To płyta, nad którą pracowaliśmy dwa lata. Setki muzyków na jednym krążku, tysiące zgód i akceptacji. Skala jest ogromna. I są też kawałki w różnych językach. Potrzebna była wymiana kulturowa i językowa.



Co Ty wyniosłeś z takiego doświadczenia - uczyłeś się nowych języków, próbowałeś innych potraw?

Oczywiście, nie zostawajmy dłużej w tym tonie przepracowania i narzekania. Rebel Babel to wymarzony, radosny projekt, ściągnięty niemal myślami. Samo spotkanie tych artystów to cenne doświadczenie. Bardzo chciałem nawijać po polsku, a móc jednocześnie robić coś za granicą. Nie będę rymować po angielsku, bo byłoby to sztuczne. Język trzeba czuć, trzeba się w nim wychować, poznać od podszewki, żeby mieć dobre "flow". Jeździłem na rowerze ulicami Barcelony, rozmawiając z innymi muzykami o liryce. Śmialiśmy się z tego, że Rapsus (raper Rapsusklei z Hiszpanii - przyp. red.) nie jest w stanie wypowiedzieć niektórych polskich zbitek...

Jakich?

"Zaszyliście" - nie mógł tego wypowiedzieć. Odnosiłem się do tego, że trawniki w Barcelonie są czyste i nie ma na nich psich odchodów. Pytałem, jak oni to robią, a on miał zarymować: "zaszywamy d**y psom". Ostatecznie w tekście zostało "zaklejamy". Takich niuansów było więcej. Potem jakieś moje wywrotki: "huodor es imposible nose puede cambier nada". Zacząłem się uczyć fonetycznie całych zdań po hiszpańsku, nie wiedząc, gdzie się kończą wyrazy. Przypominało mi to trochę początki gry na gitarze. Uczyłem się grać Soyki, nie mając świadomości, jakie to chwyty.

Praca przy tym projekcie to momentami kalambury. Przecież Rapsus w ogóle nie mówi po angielsku, ja po hiszpańsku ni w ząb. Z Promoe było trochę łatwiej, bo jak każdy Szwed zna bardzo dobrze język angielski. Potem doszły poprawki niektórych bitów, a nie wszystko można było przegadać. Przecież dzieliły nas tysiące kilometrów. Każdy robi solową karierę, każdy jest poważnym graczem w swoim kraju. Mnie ten projekt przycisnął tak mocno, że nawet na podróżowanie brakowało mi ostatnio czasu.


© PIOTR HUKALO / DZIENNIK BALTYCKI



Trudno było namówić Promoe do udziału w projekcie? Był jedną z gwiazd One Love Sound Fest we Wrocławiu, jest ceniony w całej Europie.

Udało się zaskakująco szybko. Przekonała go idea. Z rapem i hip hopem w Europie jest o tyle trudno, że są to gatunki, które zamykają się na jednej przestrzeni. Może Hiszpanie mają trochę łatwiej, bo hiszpański to chyba drugi język na świecie. Z Janem Feat.-em mieliśmy przeczucie, że ci artyści będą chcieli się zaangażować, żeby dotrzeć do większej publiki niż ta, którą już mają w swoich krajach. Tu nie chodziło o pieniądze, ale o doświadczenie, chęć przeżycia czegoś. Pomogły też duńskie kontakty Jana Feat.-a.

Była też kulinarna wymiana kulturowa? Próbowałeś jakichś przysmaków kuchni hiszpańskiej?

W Hiszpanii Rapsus zabierał mnie do knajp z afrykańskim jedzeniem, bo sam ma korzenie afrykańskie. W Polsce byłem już tak przygnieciony produkcją, że zajmowali się chłopakami nasi ludzie. Promoe to radykalny weganin i jest w tym weganizmie naprawdę ortodoksyjny. Za pierwszym razem, kiedy Promoe do nas przyjechał i kręciliśmy klip do "Jak słowo daję", to chciałem zrobić śniadanie. Poszliśmy do jakiegoś małego sklepu po orzechy, owoce itd. Potem chciałem to skroić, a on zapytał, czy na tej desce nie było krojone mięso, a było, więc pojawił się kolejny problem: gdzie to pokroić? Trochę odjazd, ale rozumiem: każdy jest na swój sposób freakiem.

To są oczywiście mikroelementy kulturowe, z którymi przyszło nam się zderzać już w czasie pracy. Promoe jest w ogóle bardzo dobrze zorganizowany: chciał wiedzieć dokładnie, o której jest obiad, próba, o której zupa, a o której sałatka itp. A my tu w Polsce przecież mamy trochę chaos. Bliżej nam do Hiszpanów, ale oni to w ogóle "maniana" i totalny luz. Rapsus znikał gdzieś, żeby oglądać zakamarki Śródmieścia we Wrocławiu. Gdzieś po drodze zgubił swoją nerkę. Potem wszyscy go szukali, a okazało się, że pojechał na Westerplatte do Gdańska.
Będąc w centrum tego wszystkiego, niejednokrotnie czułem coś, przy czym drapanie paznokciami po tablicy to muzyka Chopina. Nagle z muzyków staliśmy się producentami i organizatorami.




Wspomniałeś o "Jak słowo daję". Utworze, w którym przekonujecie, że słowa to atomowa moc. Ten tekst ma swoje podwójne dno?

Tak, wreszcie miałem okazję, by zaznaczyć swoje przywiązanie do języka. Zresztą Rebel Babel takich właśnie ludzi skupia - ludzi, którzy traktują słowo bardzo poważnie. Co ciekawe, wszyscy artyści, którzy brali udział w tym projekcie, okazali się bardzo słowni, bo naprawdę wiele rzeczy udało nam się zorganizować "na słowo". To bardzo cenne. Wiele razy zastanawiałem się, czy ktoś słowa dotrzyma, czy też nie, ale nigdy się nie zawiodłem. Każdy z solistów składa też słowa na pewnym poziomie. Nawijamy, odnosząc się do swojej filozofii życia. Rebel Babel stało się również językową orkiestrą, która cyklicznie towarzyszy akcji Rymoliryktando - w ubiegłym roku na Open'erze, w tym 1 października zagra w Jeleniej Górze.


© Materiały prasowe



W polskim hip hopie tej filozofii też jest chyba coraz więcej. Mniej mamy kawałków o "soczystych" imprezach, a więcej o tym, jak dać sobie szansę w życiu. Można tu wspomnieć o "Optymistycznie" Buki i Rahima czy "Jest super" Zeusa. A może się mylę?

Nie czuję się władny, by to oceniać, bo ostatnio nie mam zbyt wiele czasu, by śledzić to, co dzieje się na rynku muzycznym. Ale może i tak. To dość naturalny proces: najpierw proste podrygi, infantylne, czasami nawet wulgarne, a potem język, gatunek... Ludzie się rozwijają i dojrzewają do pewnych refleksji. Nawet w tym ulicznym hip hopie pojawia się coraz więcej ciekawie złożonych myśli. Oczywiście, wiele zostało już powiedziane i czasem trudno zaskoczyć publikę jakimś nowatorskim przekazem. Ale jest coraz lepiej.

Wiemy już, że słowa mają moc, a przekaz jest bardzo ważny. Ale mimo wszystko wielu odbiorców płyty "Rebel Babel" nie będzie wiedziało, o czym te utwory są. Z powodu trudności językowych.

Mam tego świadomość. Ten projekt powstał bardzo pod prąd. Nie liczymy na jakiś wielki sukces. "Rebel Babel" nie rozejdzie się pewnie takim echem jak "39/89 Zrozumieć Polskę". Do niektórych nie dotrzemy z tym przekazem, ale może za dziesięć lat ten przekaz stanie się uniwersalny. Wierzymy w to, że trzeba zacząć ujawniać także inne języki niż tylko piękny, ale zużyty w piosenkach - angielski. Jestem pewien, że ludzie będą się otwierać na inne języki. Ponadto w albumie i w klipach fani znajdą tłumaczenie wszystkich tekstów na angielski.

To, że można tworzyć w różnych językach i że dobrze to brzmi, pokazał też MC Silk. Współpracowałeś z nim przy klipie do "Rap Nobody".

MC Silk "ugryzł" to z innej strony. Chciał pokazać, że umie nawijać w różnych językach. Tam było jeszcze odniesienie do Eminema i jego utworu "Rap God". Jest zdolny, więc fajnie mu to wyszło, ale w Rebel Babel kluczem jest coś innego: chcemy pokazywać korzenie tych języków i autentycznych ludzi, którzy się nimi posługują rdzennie i po mistrzowsku.

Rymoliryktando, PyyKyCyKyTyPff - często wymyślasz skomplikowane nazwy. Nie lubisz prostoty słów?

Różnie, kwadratowo i podłużnie. Oczywiście, na nazwę "Rebel Babel" wpływ mieliśmy wszyscy. Używam skomplikowanych słów? Nie zawsze, czasami. To są okresy. Był taki moment, kiedy rzeczywiście poszukiwałem słownych ewolucji. Ale już "Przekrój" czy "REFlekcje" okazały się o wiele prostsze. Z jednej strony lubię zawierać w słowach dużo treści, ale z drugiej zauważam, że coraz więcej rzeczy staram się upraszczać. Człowiek się zmienia. Raz masz ochotę na kawę, innym razem na wino.


© PIOTR HUKALO / DZIENNIK BALTYCKI



Lubisz wyzwania nie tylko słowne. Uczestnicy najbliższego Rymoliryktanda będą je pisać w basenie, w wodzie o temperaturze 30 stopni. To już nie to samo co dyktando w szkole.

Kiedy sobie to wyobrazimy, to rzeczywiście cała sytuacja wydaje się totalnie abstrakcyjna. Ale potem to się dzieje. Tak jakbyśmy malowali sobą jakieś surrealne obrazy. Ludzie masowo piszący jakiś wiersz na pomidorach i pietruszkach na Starym Kleparzu albo skwarze na plaży, a obok tysiące "Januszów", którzy nie wiedzą, co się dzieje i myślą, że UFO przyleciało. A w tym roku będziemy bawić się słowem w Termach Cieplickich w Jeleniej Górze. Taki właśnie był zamysł - chodzi o flash mob i zabawę słowem. Oczywiście nie tylko o to, ale o ideach można poczytać na stronie rymoliryktando.pl. Mamy już w Polsce klasyczne dyktando. Nie chciałem tego powielać, wolałem stworzyć coś bardziej surrealnego, odjechanego i artystycznego.

A jakie wyzwania postawisz uczestnikom w kolejnych edycjach? Może góry?

Był taki pomysł, żeby zorganizować Rymoliryktando zimą, w górach. To się nie udało. Myślę jednak, że w przyszłości da się to zrobić. Ale - i tu wracam do początku naszej rozmowy - był taki rok, kiedy Rymoliryktando musieliśmy sobie odpuścić, jak wspomniana wyżej Martyna Wociechowska swój program. Czasem tak trzeba, ale jeśli wierzymy w coś bardzo mocno, to wszystko można odbudować jak często palony Rzym. Tylko trzeba być silnym i tej siły życzę Martynie i wszystkim dokoła.



Mimo przepracowania w Twojej głowie na pewno rodzą się pomysły na coś indywidualnego. Możesz uchylić rąbka tajemnicy, czego dotyczyć będzie Twój najbliższy solowy projekt?

Nie chciałbym zdradzać zbyt wielu szczegółów. Mam wiele pomysłów, które czekają na odpowiedni czas i przestrzeń. W przyszłym roku na pewno spróbujemy wydać moją I symfonię, której premiera odbyła się w Narodowym Forum Muzyki z naszą orkiestrą symfoniczną. Mamy ją zarejestrowaną w technice 360. Jedno jest pewne: to dla mnie ciekawy i piękny czas, w którym czuję rozwój i spełniam marzenia, pracując z orkiestrami symfonicznymi i dętymi. Mam nadzieję, że będzie mi dane wkrótce Wam to zaprezentować.

Rozmawiała Kinga Czernichowska, dziennikarka gazetawroclawska.pl i wroclaw.naszemiasto.pl

L.U.C. (właśc. Łukasz Rostkowski) - związany z Wrocławiem polski raper, producent i performer. Uwielbia łączyć muzykę z obrazem, dlatego sam jest reżyserem wielu teledysków. Ukończył prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, ale wiedział, że chce być muzykiem, a nie adwokatem. Współpracował m. in. z Leszkiem Możdżerem i Urszulą Dudziak, a ostatnio, w ramach projektu Rebel Babel, także z takimi raperami, jak Promoe czy Rapsusklei. Wydał dziesięć albumów studyjnych. Szczególnie szerokim echem odbiły się na rynku muzycznym "Planet L.U.C", "39/89 - Zrozumieć Polskę", "Kosmostumostów" i "REFlekcje o miłości apdejtowanej selfie".

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!