Relacja z wyprawy West Africa

Radosław Osiński
Są wyprawy, podczas których nie trzeba czekać na przygody - przychodzą same i to niespodziewanie. Do nich z pewnością należy wyjazd w głąb Afryki Zachodniej, dokąd udali się trzej chojniczanie.

Są wyprawy, podczas których nie trzeba czekać na przygody - przychodzą same i to niespodziewanie. Do nich z pewnością należy wyjazd w głąb Afryki Zachodniej, dokąd udali się trzej chojniczanie. Dwoje z nich - Katarzynę Kowalczyk i Huberta Harsza - namówiliśmy na relację "na gorąco".

Zacznijmy od początku. Najpierw 3500 kilometrów przez Europę do
Gibraltaru. Później zmiana kontynentu i krótka przeprawa promem.
- Zaskoczyło nas, że z Maroko do Mauretanii wiedzie prosta, dobrej jakości droga asfaltowa o długości półtora tysiąca kilometrów - zaczyna opowieść Katarzyna. - Doceniliśmy później jej wartość. Tymczasem jechaliśmy monotonnie, jedynie krajobrazy zmieniały się - na coraz ciekawsze.
- Możesz zasnąć przy kierownicy, potem się obudzić i jechać dalej -uśmiecha się na to wspomnienie Hubert. - W miejscowości Dakla zrobiliśmy sobie jednodniowy postój.
Tam czekały ich pierwsze wrażenia. To dość charakterystyczne miejsce, w którym widać jeszcze ślady po niedawnych walkach partyzantów z Sahary Zachodniej z Marokańczykami.
- Jest tam zatoka, w której leży tysiące hełmów, płaszcze, buty - widok jest naprawdę wstrząsający - wspominają oboje.
Na szokujące widoki byli przygotowani. Przede wszystkim oczekiwali jednak przyjemniejszych wrażeń.
Zdążyć przed przypływem
Dojechali do granicy z Mauretanią. Tam mogli zapomnieć o drodze. Do
Nuakszott jedzie się tylko plażą, żadnej drogi nie ma. Ta trasa, po
przeanalizowaniu map i przewodników, okazała się najkrótsza.
- Kiedy zaczyna się odpływ, ukazują się odcinki, jadąc którymi trzeba się śpieszyć, by zdążyć dotrzeć do następnego suchego miejsca.
- Wtedy zasuwasz przy wydmach, przy skałach - Hubert ożywia się.
- Gdy dojeżdżaliśmy do jednej ze skał, koła były już zanurzone w wodzie - dodaje Katarzyna. - Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Widok, który tam zastałam był przecudny - z jednej strony błękitne morskie fale, z drugiej piaszczyste wydmy. Kiedyś podobno drogą tą jechała kolumna siedmiu samochodów wojskowych. Wszystkie zabrał odpływ. Po prostu nie zdążyli znaleźli bezpiecznego miejsca na stałym lądzie.
Kolejne bezdroża
Nasi podróżnicy dojechali do stolicy Mauretanii - Nuakszott. Tam postarali się o jak najszybsze wydanie wiz do Mali, co nie było łatwe.
- W Mauretanii "puściliśmy się" przez pustynię.
To miejsce chojniczanie zapamiętali także z powodu pięknych widoków wydm. Z drugiej jednak strony, trzeba było skwapliwie korzystać z GPS, bo... znowu nie zabrakło dróg...
- Dojechaliśmy do Nioro. Stamtąd wiedzie coś, co można nazwać polną drogą.
Nie był to luksus, jak na Saharze Zachodniej, ale można było niekiedy
rozwinąć prędkość do 100 km/h. W taki sposób młodzi ludzie dotarli do stolicy Mali - Bamako. Dalej, wzdłuż rzeki Niger, przez kolejne bezdroża - dojechali do Timbuktu. Po drodze podróżnicy dotarli do Dienne, miasteczka znanego z największej na świecie budowli z błota. Ów meczet znajduje się na światowej liście dziedzictwa kulturalnego UNESCO.
I wreszcie Timbuktu - perła Afryki, czyli...
Odrobina cywilizacji
Dla Afrykańczyków Timbuktu to centrum intelektualne i duchowe. Już w XVI wieku powstał tam pierwszy afrykański uniwersytet. W 1591 roku zazdrośni Marokańczycy wytępili tamtejszą ludność, pozostawiając przy życiu tylko intelektualną elitę, na swój użytek.
Ale dla ekipy West Africa Timbuktu nie było bynajmniej kresem podróży. Dalej szlak wiódł do sąsiedniego państwa, Burkina Faso.

- Mówili nam, że to zupełna dzicz. Rzecz warta polecenia. Prezydent rządzący tym państwem przed pięcioma laty zrobił tam jednak "porządek" i wybudował drogi. Chwilami można było nawet poczuć się jak w Europie. Kilka kilometrów przed miastem przy szosie stały reklamowe tablice - zupełnie nietypowe dla Afryki, którą widzieliśmy przez ostatnie kilka tysięcy kilometrów!
- Ale na znakach drogowych nazwy miast były wypisane po arabsku, więc rozumieliśmy tylko wypisane tam liczby, czyli odległości - zaznacza Katarzyna.
W stolicy państwa ekspedycja zatrzymała się na jeden dzień. Dalej udała się na zachód, gdzie podróżnicy zatrzymywali się po drodze w uroczych małych wioskach. Tam mogli poczuć się jak odkrywcy! Biali ludzie zjawiali się w tych okolicach naprawdę rzadko.
- Ty próbujesz nawiązać z nimi kontakt, a oni wciąż obserwują twój kolor
skóry, zupełnie nie interesując się, czego możesz od nich chcieć!
Chęć przeżycia przygód przywiodła podróżników dalej do Bamako, zakreślili więc pętlę w przestrzeni Mali i Burkina Faso.
Rajd i robinsonada
- Tam rozpoczęliśmy najtrudniejszy odcinek, który trudno byłoby sobie
wyobrazić! Z Kity do Kayes i dalej do Kenioba pokonaliśmy odcinki rajdu
Paryż - Dakar.
Trasa była tam wytyczona tyleż fantazyjnie co karkołomnie. Dwa polskie
landrovery pędziły więc po nasypach kolejowych. Zdarzały się też i zwalone drzewa i wypłukane dziury, kamienie. Ekspedycja musiała gwałtownie zwolnić do 20-30 km/h.
- Nad rzeką Falemą, o gdzieś tutaj - tu Hubert wskazuje na mapę bezdroży Mali - przejeżdżaliśmy przez rzekę.
Ale łatwo powiedzieć - przejeżdżaliśmy.
- Przez kilka godzin szukaliśmy jakiegokolwiek brodu. Stan wody był zaś tak wysoki, że nie było warto wracać. Ekipa chciała już zacząć budować tratwę! Nawinął się jednak tubylec, który powiedział nam, że wskaże bród. Gdy tylko wszedł do wody, prawie się utopił! Na chwilę straciliśmy go z oczu. Ale w końcu udało się pokonać i tę przeszkodę, chociaż do samochodu dostało się wiele wody.
Inny smak świąt
Po tych emocjach chojniczanie dojechali do Senegalu, przekroczyli granicę. Tam zastały ich święta Bożego Narodzenia, w polskiej misji katolickiej, w towarzystwie trzech księży.
- Czy za sprawą Polaków było trochę naszej tradycyjnej kuchni? -
zapytałem.
- Bez szans, ale mieliśmy ze sobą pasztety, kabanosy, jakąś rybę, tyle że z puszki, barszcz czerwony z paczki. Nie smakowało tak, jak w domu, ale z pewnością przypominało trochę klimat świąt.
Nie świętowali jednak długo. Udało się namówić misjonarzy, by pozwolili przyjrzeć się miejscowym zwyczajom. Choćby inicjacji tamtejszych młodzieńców. W trakcie tego święta młodzi współplemieńcy muszą symbolicznie pokonać człowieka - maskę. Są też inne zwyczaje, z którymi jednak katoliccy księża próbują walczyć. W niektórych bowiem plemionach do dziś składa się ofiary z ludzi! Ponoć dwa lata temu jacyś turyści, pod wpływem alkoholu, trafili do jednej z wiosek. Byli uczestnikami ekscesów, wyraźnie kłócących się z miejscowymi obyczajami. Starszyzna plemienia uznała, że muszą złożyć ofiarę - i koniec. Przez miesiąc pertraktowali. Wreszcie Afrykańczycy uznali, że można im odpuścić winę. Po dwóch dniach jednak do pogotowia przywieziono chłopca, którego rzekomo ugryzł szczur. Wszyscy domyślali się, że został otruty. Ze względu na brak czasu wędrowcy odpuścili sobie Dakar. W zamian dotarli do St. Louis, pięknego miasteczka położonego na dwóch wyspach. Co ciekawe, najważniejszy most budował tam Eiffel. Ostatni postój był w Saint Louis. Następnie udali się do Nuakszott. Na granicy z Saharą Zachodnią spędzili Sylwestra.
Zgrzytające przebudzenie
- Spędziliśmy go na pustyni, całkowicie bezludnej. Na najwyższej z wydm
rozpaliliśmy ognisko. Wieczór był bardzo przyjemny - rozmarza się Hubert. Szybko jednak zmienia ton głosu. - Rano obudziła nas burza piaskowa i już nie było to tak miłe. Piach wżerał się wszędzie w zęby, włosy wszystkie zakamarki karoserii - wszędzie!
Wreszcie przyszedł czas na ostatnie odcinki trasy - przez Saharę. Znowu przydały się GPS-y. Tym bardziej, że wiatr często wzbudzał tumany kurzu, które ograniczały widoczność. Dochodziło do sytuacji, kiedy dwa samochody spotykały się dopiero na kolejnych wytyczonych punktach. Wreszcie dotarli do oceanu. Następne cztery dni upłynęły pod hasłem walki z czasem. Udało się wtedy pokonać 6 tysięcy kilometrów. Z wyjątkiem jednego przystanku we Francji. W tamtejszym hotelu chojniczanie ponownie oswoili się z europejską cywilizacją, choćby tak prozaiczną jak prysznic.

***
Dla Katarzyny i Huberta nie był to pierwszy wyjazd na ten kontynent.
- Ale tym razem po raz pierwszy odbyliśmy tę podróż od początku do końca na kołach - opowiada Katarzyna. - To zupełnie co innego, niż dolecieć samolotem i dopiero na miejscu wynajmować samochód.
W ciągu 40 dni chojniccy podróżnicy pokonali 27 tysięcy kilometrów, w tym większość po afrykańskich bezdrożach. Już od Mauretanii litr paliwa stawał się tańszy od litra wody. Podróż utrudniały awarie, burze piaskowe. Te trudności znakomicie zjednoczyły ekipę - nie tylko chojnicką, ale zebraną także z podobnych miłośników przygód z całej Polski, wyszukanych w Internecie. A w umysłach chojniczan rysuje się już trasa następnej podróży ...

Drogówka zabiera auta piratom drogowym

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie